Wschodnia ósemka - część druga

Wschodnia ósemka – część druga

Kto widział poprzedni film, ten wie, że w leśnych ostępach Puszczy Augustowskiej zapadał zmrok, kiedy starałem się dojechać do końcowego punktu trasy. Wraz z jego zapadnięciem trafiłem do miłej agroturystyki „Pod Dąbkiem” lezącej na brzegu Kanału Augustowskiego. Ze względu na prognozę pogody zrezygnowałem z postawienia namiotu i spałem pod dachem. Ulewa, która spadła nad ranem potwierdzała słuszność mojej decyzji. Jazda z mokrym tropikiem przywiązanym do motoru to żadna przyjemność. Od śluzy Kurzyniec skierowałem się wzdłuż Kanału Augustowskiego w stronę Suwalszczyzny. Puszcza Augustowska wysychając w porannych przebłyskach słońca obdarzała mnie swoimi urokami.

A tutaj już polska Litwa, czyli początek obszaru zamieszkanego przez Litwinów. Pod Krasnogrudą oglądam zwiastuny krajobrazu, który będzie mi towarzyszył przez większość dnia. Dojazd do dworku Miłosza w Krasnogrudzie przenosi jakby w inna krainę.

Wzdłuż jeziora Gaładuś wspinam się do góry mapy. Planowałem zjazd do wody ale albo do brzegu daleko albo bardzo prywatne wszystko. Nowe czasy.

To już granica. Pojechałoby się na Litwę ale tam na takich jak ja czeka policja. Przepisy nie pozwalają jeździć pojemnościami 125 cm3 na prawo jazdy kategorii B.

Teraz w stronę Puńska. Widać litewskie nazwy. Bardzo ładne. Wszędzie tak zwane krzyże litewskie, które wskazują miejsca na pewno zamieszkane przez Litwinów.

To już Puńsk. Wszystko po litewsku. Język słyszalny wyraźnie na ulicy, w sklepie, czy na stacji benzynowej. Całość sprawia wrażenie jakby się było w obcym kraju. Oglądam Głowna ulice miasta i ryneczek przy kościele. Obok jest stara plebania będąca obecnie muzeum. Przed wjazdem do Puńska od strony Trakiszek można zwiedzić litewski skansen, czyli zagrodę w dawnym stylu. Ciekawostką tego miejsca jest wystrój stodoły nawiązujący to tzw. „teatrów stodolanych” będących dawniej jedną z form litewskiego odrodzenia narodowego.

Krętymi drogami jadę w stronę Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Po drodze kątem oka zauważam zejście nad jezioro. I łódki. To Szelment Wielki i jedna z jego dzikich plaż. Łodzi, czysta woda i nikogo poza mną i kimś kto łowi na środku jeziora. Zostaję chwilę. Przebieram się, bo upał, jem śniadanie i cały czas patrzę. Tego mi było potrzeba.

Przez Udryn zjeżdżam do Jeleniewa. A potem już tylko widoki parku.

Punkt widokowy „U Pana Tadeusza”. Widać stąd północno-wschodnią część Suwalskiego Parku Krajobrazowego, jeziora Kojle, Perty oraz Purwin. Są one usytuowane w centralnej części panoramy rozciągającej się z tego punktu. W oddali zobaczyć można góry: Jesionową, Cisową i Krzemieniuchę. Unikalny krajobraz został wykorzystany przy realizacji filmów: "Dolina Issy" Tadeusza Konwickiego i "Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy.

Przez Dzierwany pnę się piękną szutrówkę, bo tutaj tylko takie drogi będą w kierunku jeziora Hańcza.

Takich kapliczek na rozstajach jest już bardzo mało. Jeszcze mniej jest tych, które oparły się rewitalizacjom. Tej akurat się udało.

Dzika plaża nad północnym skrawkiem Hańczy. Jest tylko parę osób. I cisza. Filmując staram się nie naruszyć prywatności przebywających tu ludzi. Ale miejsce na dziki biwak przednie. Zanocuję tu kiedyś. Na razie schładzam się tylko i odpoczywam przed następnym etapem.

Okrążam jezioro i docieram do drugiego brzegu. To wieś Blaskowizna z plażą, molo i garstką turystów. Trochę już nie moje klimaty ale najgłębsze jezioro w Polsce ma magnetyczny urok. Filmuje widoki. I ryby w głębinach. Żałuję, że nie umiem znaleźć miejsca, gdzie głazowisko wchodzi do wody. Kilkanaście lat temu byłem tu na rowerze. Pamiętam spokój i urok tego miejsca. W poszukiwaniu głazowiska zapuszczam się wzdłuż drogi okrążającej jezioro. Niestety. Wszystkie dojścia do wody są prywatne i obwarowane zakazami. Jak wszędzie. Spóźniłem się.

Jadę nadal po parku. Wjeżdżam w dolinę Szeszupy, mijam cmentarz ewangelicki i wjeżdżam na wzniesienie, na którym znajdują się Wodziłki. Zatrzymuję się chwilę aby nacieszyć się widokiem doliny.

Wodziłki. Założona przez staroobrzędowców pod koniec XVIII wieku wioska. Jej twórcami byli ludzie, którzy uciekali przed prześladowaniami religijnymi, które nastąpiły po reformach w cerkwi. Ponoć można tu usłyszeć stary rosyjski, pójść do bani… Wieś sprawia wrażenie wymarłej. Mieszkańcy unikają kontaktu z turystami. Rozumiem ich. W molennie czasem odbywają się nabożeństwa. Nie prowadzi ich kapłan, lecz nastawnik, człowiek wybierany spośród starszyzny. Staroobrzędowcy nie uznają hierarchii ani kapłaństwa.

Po Wodziłkach odwiedzam jeszcze Zamkową Górę i zgodnie planem jadę w kierunku Wigier.

Dawny klasztor kamedulski jest obecnie obiektem turystycznym. Ciekawa architektura sprawia, że jednak postanawiam tu pozostać. Pan parkingowy ze zrozumieniem przyjmuje moje wyjaśnienia. Jako, że pora obiadowa a od północy nadchodzi dość poważna burza, postanawiam zajrzeć do baru, którym serwuje się regionalne potrawy. Regionalne to znaczy takie, o które pytają turyści. Za duże pieniądze najadam się do syta i podejmuję bohaterska ucieczkę przed burzą. Podczas ucieczki trwa dyskusja z nawigacją, jednak potrafimy dojść do porozumienia.

W miejscowości Wysoki Most spotykam kajakarzy spływających Czarna Hańczą. Trochę im zazdroszczę, może trochę oni zazdroszczą mi. O ile mnie widzą. Może kiedyś spróbuję.

Przez Puszczę Augustowską i sam Augustów jadę w stronę Jagłowa, które upatrzyłem sobie na nocleg. Wieś jeszcze kilkadziesiąt lat temu kompletnie odcięta od świata, żyjąca z wypasu i rybołówstwa, obecnie przeszła prawie całkowicie na agroturystykę. Nie znaczy to jednak, że utraciła charakter cichego i spokojnego zakątka. Jadąc drogą przecinająca nadbiebrzańskie bagna i łąki cieszę się przestrzenią, której tu pod dostatkiem. Wieś leży na skraju Biebrzy, za którą rozciągają się bezkresne łąki i bagna. Tutejsze krowy aby sobie podjeść muszą przepłynąć na drugi brzeg. Do zmroku zostało dwie godziny, rozbijam więc obóz, bronię się przed komarami i zajmuję się kuchnią.

Burza omija Jagłowo. Będzie padać dopiero nad ranem.

Na razie trwa cisza.