Wschodnia ósemka - pierwsze dwa dni

Wschodnia ósemka – pierwsze dwa dni

Na Podlasie wjeżdżam przez most w Kózkach. Bug oddziela dwie jakże różne części tej krainy.

I Mielnik. Na jego zwiedzenia trzeba dwóch dni. Ja tylko pozdrawiam stare widoki, jem obiekt w mojej ulubionej knajpie i jadę przywitać się z Bugiem. Jednak tu nie będę się witał. Za mało cienia. W Niemirowie pytam bardzo miła panią o drogę na Koterkę. A już jakaś jest? Pojawiła się ostatnio? Nie ma drogi do niebieskiej cerkwi. Trzeba wracać. Ale na razie miejsce gdzie Bug ucieka od granicy. A dawno temu tutaj spotykały się Rosja Austria i Prusy. Tak, to kolejny trójstyk na mojej mapie. Cisza i spokój jakie tu panują zachęcają do pozostania. Zaznaczam to miejsce na mojej mapie dzikich noclegów i wracam do Mielnika aby dojechać na Świętą Górę. Rzut oka na kościół w Niemirowie, który miał bardzo burzliwe dzieje. Podobnie jak cała miejscowość.

Na Grabarce jak zwykle w niedzielę sporo ludzi. Woda ze świętego źródła jest lekarstwem na choroby. Zwłaszcza epidemiczne. Niektórzy obmywają chore części ciała w płynącym obok strumieniu. Straganiarze oferują miód, pamiątki, flaszeczki ze świętą wodą i rozmaite przedmioty, których przeznaczenia nawet się nie domyślam. Na Świętą Górę wchodzi się po schodach. Wolno i dostojnie. Z należytą czcią. Dzisiaj o tej porze więcej zwiedzających jak modlących się. Oglądam z zaciekawieniem piękne drzwi wstawione po rekonstrukcji cerkwi. Las krzyży porusza jak zawsze. Ze wzruszeniem odnajduję mój krzyż przywieziony dawno temu. I ten z zeszłego roku. Napis na krzyżu głosi: „Zbaw i ochraniaj nas Boże od wszelkiego nieszczęścia”.

Przez Milejczyce i Kleszczele pędzę do Dubicz Cerkiewnych. Niedaleko od nich czekała mnie miła gościna i nocleg w „Tiszynie”. Kasia z Piotrkiem prowadzą tam jedną z najlepszych agroturystyk na Podlasiu. Mijając kolejne skrzyżowania patrzę na charakterystyczne krzyże, których tutaj dostatek. Po drodze trafiam na białoruski festyn w Dubiczach Cerkiewnych. Pomieszanie pojęć narodowych i językowych na Północnym Podlasiu jest przeogromne. W każdym razie festyn jest białoruski. Jest miło i wesoło. Tak kończy się pierwszy dzień jazdy. Przejechałem równe 400 km. Czas odpocząć.

Następnego dnia rankiem zaczynam od Kornina. Bardzo ciekawe miejsce ze stojącymi obok siebie dwoma cerkwiami: Świętej Anny i św. Michała Archanioła. Akurat trwa liturgia, chociaż jest poniedziałek. Nie wiem czy tutejsi prawosławni posługują się nowym, czy starym stylem. Jeśli nowym, to akurat maja święto patronki.

I Kraina Otwartych Okiennic. Trześcianka albo Terestianka. Praktycznie cała wieś mieszka w uroczych domkach z kolorowymi okiennicami i narożnikami. Jeśli kogoś interesuje dlaczego tak jest tam oraz w innych wioskach – niech zapyta w komentarzu. Inne Podlaskie wioski przypominają te z krainy Otwartych okiennic, ale nie są aż tak klasyczne.

Sztuczne Jezioro Siemianówka. Miało swoje 5 minut kiedy zagrało w pierwszej części „Opowieści z Narni służąc zimową porą jako tło do pościgu Białej Czarownicy.

No i Michałowo. Stolica polskiego diskopolo. Tutaj mieści się uczelnia kształcące przyszłe kadry tego zjawiskowego prądu muzycznego.

Za Gródkiem kieruję się trasą numer 65 w kierunku przejścia granicznego z Białorusią. Po kilku kilometrach zjeżdżam w las, gdzie wybieram drogę na Kruszyniany. Ostatnia chyba taka droga w Polsce. Pylista szutrówkę przez kilkanaście kilometrów prowadzi całkowicie bezludnymi okolicami aż dociera do stolicy polskich Tatarów. Ta cicha i spokojna niegdyś wieś obecnie zarabia na swojej historii. Tatarskie karczmy i pamiątki dominują. Tłumy turystów, ale i tak mogłem gorzej trafić. Tylko meczet i mizar pozostają takie jak przed laty.

Z Kruszynian pędzę do Krynek. Miejscowość ciekawa z kilku względów. Przede wszystkim to z tego względu, ze mieszkał w niej Sokrat Janowicz, wybitny białoruski pisarz i autorytet moralny.
Po drugie ze względu na arcyciekawy układ urbanistyczny. Po trzecie ze względu na rynek, który jest rondem z dwunastoma wyjazdami. I po czwarte bo jest tam geesowska restauracja „Pod Modrzewiem”, która podaje lokalne specjały. Specjalnie dla widzów tego kanału przejazd Kryńskim rondem.

Jedną z dróg odchodząca od ronda kieruję się na północ. Tuż przy granicy z Białorusią rozciąga się malownicza pagórkowata kraina pokryta polami, łąkami i lasami. W takim miejscu narodził się
i działał prorok Ilia, prawosławny samozwańczy święty. W niedalekim Wierszalinie miał grono wyznawców i tłumy pielgrzymów. Jest tez budowniczym cerkwi, która sama się zbudowała, ale to temat na osobną historię.

Jadąc tutaj ma się poczucie tego, co na motocyklu jest najważniejsze. Wolność, przestrzeń. A także to, że pozostaje się sam na sam ze swoimi myślami. W głowie tysiąc myśli. Tych związanych
z okolicą i tych zupełnie odległych. I tak jest dobrze. I tak ma być. Nie do opisania komuś, kto tego nie przeżył. Trzeba doświadczyć na własnej skórze.

Pogoda się gwałtownie psuje ale skoro już tu jestem, to wypada odwiedzić drugi podlaski meczet. Ten w Bohonikach. Nie wiele mam do powiedzenia o polskim islamie, z resztą co się będę mądrzył- sami sobie doczytajcie.

Nowy Dwór. Przygnębiające wrażenie opuszczenia i zatrzymania w rozwoju. Po odebraniu praw miejskich i odcięciu granicą od naturalnej okolicy pozostała już tylko równia pochyła.

Sokólszczyzna. Ciekawy region. Na wsiach mówi się dialektem białoruskiego. Chociaż wszyscy katolicy. Dlaczego tak jest? Można zapytać autora.

Jeden z celów wyprawy Leśne Bohatery – Stare i Nowe. Ponoć od tych Bohatyrowiczów z Nad Niemnem.

A teraz… jak to na Podlasiu – aby przejechać do następnego podregionu można nadłożyć 50 – 100 km albo jechać przez las. Choć dzień zbliża się ku końcowi, podejmuję wyzwanie.

Kamienista droga coraz węższa, powoli przechodzi szuter a potem w leśne piaski.

Powoli zapada noc…