Po ikony na Grabarkę - dzień drugi

Po ikony na Grabarkę – dzień drugi

Wstaję skoro świt. Noc przeraźliwie zimna ale namiot jak zwykle daje rady. Nadbużanką jadę w stronę Terespola. Omijam miasto łukiem i przez wiadukt jadę dalej na Północ.
W Neplach chcę zobaczyć jeden z tutejszych przełomów Bugu. Czołg stanowi pewne zaskoczenie dla tych, którzy są tutaj pierwszy raz. I raczej nikt nie wie dlaczego właśnie tutaj i w jakim celu został tutaj postawiony.
Oglądam granicę, którą tutaj stanowi niezwykle malowniczo meandrujący Bug.
Zobaczcie sami, jak malowniczo.
Dojeżdżam do Pratulina. Wieś znana z męczeńskiej śmierci 13 rusińskich chłopów – unitów, którzy nie chcieli pod przymusem przejść na prawosławie. W kościele rzymskokatolicka msza a ja pooglądam mniej lub bardziej autentyczne pamiątki po unitach. Fascynuje mnie historia Podlasia, historia zmian wiary, zmian przynależności. Jest to także historia utraty i nabywania języka. I to zdecydowanie inaczej na Północnym a inaczej na Południowym Podlasiu. Podziwiam żarliwość tych ludzi, którzy za swoje przekonania szli na pewną śmierć i wygnanie.
Chce pokłonić się ich prochom. Skromny zbiorowy grób, właściwie nie naruszony od 1905 roku. Od roku w którym car powiedział po trzydziestu latach prześladowań, że unici mogą być kim chcą. Ale nie mogą być już unitami. Zostali więc rzymskimi katolikami, utracili ruski język i kulturę. Coś za coś. Jak zawsze.
Janów Podlaski. Jako że stadninne tematy nie interesują mnie dzisiaj, oglądam peerelowski pompy paliwowe przy stacji benzynowej. Pamiętam takie z dzieciństwa. Jadę dalej a podlaskie drogi prowadza mnie w kierunku Bugu. Wyjątkowy jest klimat tych miejsc. Czasem ma się wrażenie, że jest się bohaterem Tolkiena, czasem ci się zdaje, ze wjechałeś do Narni, a czasem myślisz, że jesteś 50 lat temu w rodzinnej wiosce. Wiatr, zapachy, ciepło i Pani Wolność, której gdzie indziej dawno już nie było.
Bubel Stary. Prawda, że fajna nazwa? Tak tak, ta cerkiew też zmieniała wyznanie… jak wszystko tutaj.
Kiedy składam ten film jest zima. A właściwie przyszły pierwsze roztopy. Widok drewnianej wsi utopionej w zieleni daje wrażenie jakiegoś surrealizmu. Za oknem wszystko tonie w szarej breji, pada lodowaty deszcz a my jedziemy przez pogranicze Podlasia i Mazowsza. Czasem to aż sobie zazdroszczę…
No i punkt widokowy na Dolinę Bugu. Ten znany z filmów i albumów. Zostaję dłużej aby nacieszyć oczy i duszę. Spotykam wesołych młodych ludzi. Razem się cieszymy.
A to już droga na przeprawę promową Gnojno – Niemirów. Jedyny sposób aby nie wjeżdżać na Mazowsze jadąc od strony Lubelskiego. Niestety, z powodu niskiego stanu wody przeprawa jest nieczynna. Jej przebycie oszczędza kilkadziesiąt kilometrów i od razu wprowadza na Podlasie Północne – krainę cerkwi i drewnianych wiosek. Nikt nie zadbał o to, żeby poinformować o zamkniętej przeprawie przy zjeździe z drogi głównej. Może to i dobrze. Jest okazja zobaczyć inne strony. Za Klepaczewem skręcam w leśno – polną drogę, które po cudownej przemianie w szutrówkę prowadzi w stronę przeprawy Zabuże – Mielnik. Miałem szczęście – prom właśnie dopłynął. Wjeżdżam i jak zwykle w palącym słońcu odbywam pogwarki z flisakami. Bug jest niski i lada dzień i ta przeprawa zawiesi działalność.
Po dobiciu do brzegu jazda w stronę Koterki. Wieś sztucznie przecięta granicą, została tylko cudowna cerkiew. Siadam na samej granicy i jem obiadośniadanie. Turyści z Warszawy w mazowieckiem nie widzą mnie i bardzo się lękują zobaczywszy. Z respektem pytają czy aby jeszcze w Polsce znajdują się.
A teraz czas na najważniejsze. Grabarka. Święta Góra. Żar leje się z nieba. Obchodzę cerkiew trzy razy, umieszczam krzyże gdzie trzeba. Długo zostaję w środku. Piję wodę ze źródła i obmywam twarz.
Teraz przez Zubacze, Czeremchę. Kleszczele w niesamowitym już gorącu pokazuje cerkiew Zaśnięcia. I zaraz potem Świętego Mikołaja. Z Kleszczeli już blisko do Bielska Podlaskiego. Tutaj na peryferiach oglądam prywatny skansen Stowarzyszenia Małej Ojczyzny w Studziwodach. Nie wiem jakiej kultury to skansen. W mowie tutejszej słyszę wyraźnie ślad ukraiński a wielu działaczy upiera się przy białoruskości. To ich sprawa. Ja tylko mówię, co słyszę.
Przez Dubiażyn i Boćki docieram do drogi nr 19 i jadę aż do Siemiatycz i mostu na Bugu. Zaraz za zjazdem z mostu skręcam w lewo i przez Horoszki docieram do wiaduktu w Terespolu, który już dzisiaj pokonywałem. Po drodze zakupy, rozmowy z motocyklistami i totalny luz. Wreszcie Kostomłoty. Czeka namiot i odpoczynek. Zaglądam do cerkwi, i gotuję zupę motocyklową*. Wieczorem siedzę obok namiotu i słucham nadbużańskiej muzyki.
To był dobry dzień.

______________________

  • Kiedyś podam przepis. Ale w domu nie smakuje tak, jak na wyjeździe.