Polesie – Podlasie – Mazury – Wybrzeże – Mazury – Galicja – dzień 4 i nagle ostatni

Pobudka skoro świt. Deszcz się skończył i zaczyna się dzień dobrej pogody. Jestem na Żuławach. Miał być dziki nocleg nad morzem. Wyszło jak wyszło i jest plaża w Stegnie. Kąpiel raczej nie wchodzi w grę ale ochlapać się trzeba.

Przejeżdżam most na Szkarpawie i kieruję się w stronę Elbląga. Potem w stronę rosyjskiej granicy. A więc historyczne Powiśle, znowu Warmia i tajemnicza Barcja – czyli obszary ciągnące się wzdłuż obecnej rosyjskiej granicy.

Wybrałem lokalną drogę, z której chcąc nie chcąc mam ciekawy widok na drogę szybkiego ruchu S22. To dość długi ale sympatyczny odcinek. Odbijam w prawo i przecinam Jezioro Pierzchalskie.

Chwila cywilizacji, jaka jest niewątpliwie Pieniężno. Potem krajobraz zaczyna stopniowo dziczeć. Bartoszyce i odbijam w lewo. W interior. Tego właśnie szukałem. Lasy, łąki i zdewastowane pegieery w różnym stopniu rozkładu. Czuje się jakbym wjechał w środkowy Peerel.

Zatrzymuję się w sklepie w wiosce, która od czasów niemieckich nie widziała remontu ani miotły. W sklepie na wiejskim placu jem wykwinty obiad. Lubię to.

Drogi są jeszcze niezłe, jazda jest przyjemnością. Zbliżam się coraz bardziej do rosyjskiej granicy a tam będzie już tylko gorzej. Niemniej jednak pustka, brak ruchu i osad ludzkich dostarczają ogromnej przyjemności. Samotność i ten stan ducha, kiedy słyszy się tylko własne myśli. Za Srokowem odbijam w lewo. Chcę zobaczyć piramidę w Rapie a jednocześnie znaleźć się z bezpośredniej bliskości granicy. Drogi zmieniają się z asfaltowych poniemiecką kostkę. Nie dam się po tym jechać motorem. Z boku są wytyczone przez dziesięciolecia ścieżki dla pieszych i rowerzystów. Korzystam, chociaż łatwo przez to znaleźć się w rowie.

Cudowne Mieduniszki. Pegieer jakby rodem z wiadomych filmów. Nawierzchnia z tak zwanej tralki. Jechać się nie da ale przecież tego oczekiwałem i na to się szykowałem cały rok. Zaczynam wątpić. I myśleć, że już znalazłem się w Rosji, skończę na Łubiance a w dodatku odbiorą mi skuter.

Spotykam dwie tubylcze dziewczyny. Nie pomagają ale mówią po polsku. Mimo kiepskiej drogi doznania podróżnicze na najwyższym poziomie. Jak to mówią niektórzy NICZEGO TU NIE MA. No i właśnie o to chodzi. I ten historyczny moment kiedy zaczyna się asfalt. Pełen komfort. Jak to człowiekowi mało do szczęścia trzeba.

Niestety to była tylko podpucha. Nadal włóczę się przez lasy pola i bezdroża. Wreszcie docieram do Rapy. Długo poszukuję piramidy. Wreszcie jest. Od czasu kiedy przeczytałem „Polskę niezwykłą”, czyli jakieś dwa stulecia temu, zawsze myślałem, żeby tu przyjechać. Pełen surrealizm. Pobliże Rosji, w krainie w której nie ma niczego wyrasta w środku lasu piramida będąca w istocie grobowcem rodziny von Fahrenheit.

Po takim dniu pędzę do Bań Mazurskich. Tam w gospodarstwie „Wróbel nad rzeką” rozbiję namiot i będę nocował. Samo miejsce jest idealnie stworzone dla takich jak ja. Piękna okolica, rzeka, spokój i ludzie, którzy z cała pewnością nie będą wrzeszczeć w takt pewnego gatunku muzyki. Na następny dzień są piękne plany – Suwalszczyzna i powrót pod namiot.

Niestety, w nocy następuje niepowiedziane pogody. Rano prognozy mówią o tygodniu opadów na całej Północy. Postanawiam przerwać wyprawę. W deszczu składam namiot i pakuję się. Przejeżdżam cała Polskę. Od Bugu piękna gorąca pogoda. Cóż… nie zawsze wszystko się musi udać a motocyklizm uczy pokory. Dręczy mnie tylko sprawa krzyży, które miałem zawieźć na Grabarkę i ikon, które miałem stamtąd przywieźć. Wkrótce tam wrócę.

To przecież nie koniec Drogi.