Polesie – Podlasie – Mazury – Wybrzeże – Mazury – Galicja – dzień 1

Miała być wielka wyprawa. W pewnym sensie była ale nie wszystko tak do końca się udało. Czyli jak zwykle. Chciałem zatoczyć wielkie koło obejmujące Polesie, Podlasie, Mazury, wybrzeże, rosyjską granicę. Potem miałem wrócić wschodnią ścianą czyli Nadbużanką. Prawie wyszło.

Przez środkową Lubelszczyznę zmierzam w kierunku Polesia Lubelskiego. Tutaj w Dratowie pierwszy przystanek. Dla niektórych cios ale Ruś całkiem niedawno zaczynała się za rogatkami Lublina. Kiedyś kwitło tu prawosławie, potem- jak wszędzie Unia. Po likwidacji Unii dobry car dawał pieniądze na wybudowanie pięknych cerkwi. Prawosławnych oczywiście. Po 50 latach ruska ludność musiała się ewakuować. Wrócili potem ale w 47 znowu przymusowy wyjazd. Została tylko cerkiew jakby żywcem przeniesiona z rosyjskich krajobrazów i bajek.

Jadę po Polesiu w poszukiwaniu jeziora, gdzie mógłbym się ochłodzić. Znalezienie jeziora nie jest tu trudne. W końcu pojezierze. Po kilku godzinach jazdy mogę się trochę zamoczyć i odpocząć.

Przez poleskie krajobrazy gonię do Holi. Dawna ruska wieś. Doskonale zachowana cerkiew i skansen prowadzony dzielnie przez państwa Karabowiczów. Klimat ruski a powrót do krainy dzieciństwa na całego. Dzisiaj prawie wcale nie ma tu prawosławnych. Tak jak wszystko, tak jak wszędzie.

Podlaskimi już krajobrazami pędzę w stronę Bugu. Chcę się znaleźć na tak zwanej „Ruskiej Stronie” Drohiczyna późnym popołudniem. Tak, żeby zdążyć na prom. Może jazda przez tutejsze pustkowia nie jest wyczynem ale daje radość. Ogromne łąki, rozrzucone gdzieniegdzie lasy, jeziora i wylewy polne dają wrażenie odejścia od cywilizacji. Podobnie jak tutejszy asfalt. Droga przewija się do przodu, myśli krążą tam, gdzie trzeba. Wiatr, ciepło i słońce. Droga.

Mijam Drelów, pod starą unicka plebanią piję wodę i poję konia.

Wjeżdżam na wschodnie Mazowsze. Typowe ubogie, lecz chędogie wioseczki ciągną się wzdłuż drogi. Przychodzą na myśl piosenki o Konopielce i wianku zielonym. Zbliżam się do Bugu. Nie jest prosto odnaleźć przeprawę. Droga bez drogowskazów wije się wśród nadbrzeżnych chaszczy. W końcu jest. Prom po tamtej stronie. Praży niemiłosiernie. Woda idzie… jak woda. Bohatersko wjeżdżam na prom i gwarząc z flisakami przepływam na drugą stronę.

Zwiedzam Drohiczyn, robię zakupy a potem na nocleg. Bardzo dobre agro „Nad Jeziorkiem” położone na starorzeczu Bugu. Wieczorny spacer brzegami jeziora. Siedzę pod słowiańską lipą myślę o przejechanych kilometrach. Towarzyszy mi bocian i koty. Grupka sympatycznych dzieci sprzedaje mi kamienie. Po dwa złote sztuka. Trzeba spać. Jutro Mazury.