Bieszczady i Beskid Niski z elementami rykowiska

Sierpniowym piątkowym popołudniem ruszamy… na południe. Celem jest objechanie dookoła Bieszczadów i znacznej części Beskidu Niskiego po polskiej i słowackiej stronie.
W Czarnorzekach koło Krosna skręcamy w kierunku cerkwi aby wspiąć się na malowniczy punkt widokowy. Droga prowadzi początkowo przez grzbiet wzniesienia, które jest przedłużeniem kulminacji Prządek. Jak do tej pory najbardziej urocza droga asfaltowa na Rzeszowszczyźnie.
Zjeżdżamy w stronę Korczyny i Krosna, po drodze kilka mało już widocznych pamiątek po wschodniosłowiańskich mieszkańcach tych stron – Zamieszańcach.
Po pokonaniu mniej ciekawego odcinka pomiędzy Krosnem a górami w Iwli wjeżdżamy w niski Beskid. Na skrzyżowaniu za Hyrową opieramy kurs na Polany.
Trzeba uważać – trwa rykowisko jeleni. Cudem unikam zderzenia. Krótka rozmowa podsumowująca sytuację. Obiecujemy sobie jechać wolniej. Jeleni jest sporo i są oszołomione trwającymi godami. Na żywo wyglądało to znacznie niebezpieczniej. 
W Polanach na lewo. W kierunku końca świata, który dzisiaj oznacza schronisko „Hajstra” w Hucie Polańskiej. Skromne ognisko i oglądanie gwiazd zamyka dzień.

Wyspani i wzmocnieni pysznym hajstrowym śniadaniem ruszamy rano na podbój wschodniej części Beskidu i Bieszczadów. Jak widać jest to śliczna, ponad 300 kilometrowa pętelka prowadząca przez bardzo ciekawe okolice, w dwóch miejsca przekraczająca granicę.
Doliną Mszany opuszczamy się do Tylawy a stamtąd już tylko w stronę granicy. Pod tym sklepem, co to go wszyscy znają i korzystają skręcamy w lewo z drogi głównej. Zaczyna się zapomniany przez ludzi i Boga słowacki, karpacki interior. Wjeżdżamy w okolice zamieszkane przez Rusinów, czyli ludzi, których po naszej stronie nazywa się Łemkami. Okrążamy studnie we Vladicy. Miejscowości są wyludnione. Stąd każdy ucieka do Koszyc, Bratysławy i jeszcze dalej. Jedziemy w stronę Mikovej – rodzinnej wsi rodziców Andrija Varcholi, czyli Andrew Varchola. Krótki przystanek przed cerkwią, do której chadzali jego rodzice.
Przez drugą stronę Beskidu dojeżdżamy do Medzilaborców. W tym karpackim miasteczku, zamieszkanym przez Rusinów i Cyganów znajduj się Muzeum Sztuki Współczesnej poświęcone twórcy po- artu. Po rozmowach z romskimi dziećmi i starszym panem wspominającym szczęśliwy komunizm wspinamy się na przełęcz nad Radoszycami. Krótki postój oglądanie widoków, granicy (która w tym miejscu trwa od ponad tysiąca lat) zjeżdżamy do Radoszyc. Mijamy cudowne źródełko radoszyckie. Od wieków cel pielgrzymek z Polski, Rusi i Węgier. Dalej to już sławna droga 879, która poprowadzi nas w Bieszczady.
Zjazd w stronę Osławicy, po prawej Łupków, ze swoim austro- węgierskim tunelem i widoki, za którymi tęsknimy zimą. Godzina jeszcze wczesna, mało aut i motocykli. Ruch jednak powoli się wzmaga i dzisiaj właśnie będziemy świadkami największego chyba zatłoczenia bieszczadzkich dróg.
Cisna. Taka stolica z jej nakierowanymi na warszawiaków siekierezadami i kultem tutejszych amatorów taniego wina nazwanych poetycznie zakapiorami.
Brac motocyklowa już wstała i pędzi przed siebie. Tradycyjne pozdrowienia i miłe rozmowy. Zwłaszcza na kultowej stacji benzynowej między Cisna a Dołżycą. Dawniej ostatnim cepeenie w Bieszczadach. Wetlina i jej klimat będący wariacją na temat wyobrażeń mieszkańców północnej Polski o bieszczadzkim życiu. Wariacja dość odległa od życia. Mijamy i wspinamy się na przełęcz Wyżną. Wojtek szaleje na fajnych serpentynach. Ja szaleję szukając resztek mocy, która niekoniecznie w tych trudnych chwilach jest ze mną. Ilość turystów na Wyżnej nieco nas przestrasza. Zjeżdżamy serpentynami w stronę Berehów, obserwujemy Połoninę Caryńską. Dobre to…
Mijamy zatłoczone Ustrzyki Górne. Chcemy odwiedzić Bieszczadzką Przystań Motocyklową. Po odwiedzinach i kawie oficjalnie rozpoczynamy drogę powrotną. Jeszcze rzut oka na panoramę Bieszczadów z punktu widokowego nad Lutowiskami. Wykorzystując odcinek Małej Pętli Bieszczadzkiej oglądamy wyschnięte początki Jeziora Solińskiego. Ruch motocyklowy bardzo duży. Właściwie należy jechać z wyciągniętą lewą ręką. Z Polańczyka dojeżdżamy prawie do Leska. Tu dziwnym trafem gubimy się, ale po kilkunastu minutach jesteśmy znowu razem. Obiecujemy sobie zakup interkomów. W Komańczy wjeżdżamy znowu na drogę 897 i oślepiani przez zachodzące słońce gonimy do Hajstry.

Trzeci dzień to niespieszna jazda w stronę domu. Żmigród, Jasło i wracamy.
Znowu za nami kawał Karpat, wędrówki i dobrej skuterowej roboty. Dziękujemy, że jechaliście z nami. Wracamy do domu. Jest niedaleko, za tamtymi wzgórzami.